Praca

No więc (a podobno nie zaczyna się zdania od „no więc”): szukam pracy. Od paru tygodni rozglądam się za firmami, łażę, rozsyłam CV, umawiam się na rozmowy, czytam opinie, zastanawiam się, czy pójście do korpo za grube pieniądze jest warte tego, żeby potem siedzieć w korpo, wykonuję telefony do ludzi, których nie znam… czasem się rozczarowuję, ale są też sytuacje, które przywracają mi wiarę w ludzkość. Nie dalej niż parę dni temu w rozmowie z pewnym inżynierem podejrzanie często przewijał się temat warunków pracy, open space’u, hałasu. W końcu nie wytrzymałem, i zapytałem.

– Dlaczego to takie istotne?
– Powiem wprost. Zrobiliśmy mały research na pana temat… i wyszło nam, że jest pan autystykiem.
– I…?
– Niech pan się nie martwi. Ja mam autystycznego synka, chciałem się tylko dowiedzieć, czy ma pan jakieś szczególne potrzeby albo ograniczenia, o których powinniśmy wiedzieć, żeby panu się dobrze pracowało.

Jeśli chcieliście wiedzieć, czy można się wzruszyć na rozmowie rekrutacyjnej, odpowiem: można. I chociaż nie wiem, czy koniec końców będę pracował w tej firmie, jedno jest pewne: do końca życia będę darzył tych ludzi sympatią.

Hiszpania

Z Hiszpanią było tak. Gdzieś pod koniec 2012 roku postanowiłem przestać chlać – i jak to bywa na początku abstynencji, dopadł mnie nieoczekiwany nadmiar czasu i gotówki. Postanowiłem więc – ciśnięty presją społeczną, że „nie myślałeś, żeby wyjechać na zachód?” – kupić bilet w jedną stronę dokądś i zobaczyć, jak to jest. Padło na Hiszpanię, bo tam akurat siedział wtedy na doktoracie kolega ze studiów, zapraszał, wpadnij, tu jest super, piwo, dziewczyny, piękne widoki, słońce, plaża, wiatr…

* * *

Podsumuję Wam ten wyjazd w jednym zdaniu: Hiszpania to samotność.

Wróciłem do domu kilka tygodni później, biedniejszy o całe oszczędności i bogatszy o zdumiewający brak doświadczeń. Gdybym wtedy dopuszczał taką ewentualność, zauważyłbym podskórnie, że coś jest nie tak… że w zasadzie nic się nie zgadza. Nie przeżyłem na wyjeździe życia żadnych przygód, nie poznałem żadnych ludzi, słowem – nie wydarzyło się nic. Jedyne, co powstało, to cała góra przerażająco smutnych zdjęć, i równie wiele niezbyt optymistycznych wpisów w dzienniku. Wróciłem do cna zdezorientowany, wróciłem z poczuciem ogromnej ulgi, że mogę powrócić do codziennego życia, którego rytm znam, które nie przeraża, które nie wymaga na każdym kroku podejmowania decyzji w najprostszych sprawach. Wróciłem zupełnie wyczerpany.

Nie wiem, jak umknął mi wtedy mały, nieistotny fakt, że pokonywały mnie najbardziej na świecie błahe czynności, jak zrobienie zakupów, ugotowanie posiłku,, zaplanowanie dnia, czy rozmawianie z ludźmi. Poczucie nieogarniania życia było ze mną tak mocno zrośnięte, że nawet nie przyszło mi do głowy pomyśleć, że mogłoby być inaczej.

* * *

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że te wszystkie odczucia, emocje i problemy w ogóle da się nazwać.

Kazali pisać.

Wieści są takie: wracam do pisania.

Siedząc tutaj, w ciemnym autobusie, z Macbookiem na kolanach, w słuchawkach, tocząc się przez ciemność i jakieś nieznano-nieistotne krainy – nie mogę nie przypomnieć sobie Hiszpanii, cztery lata temu. Jaki ja wtedy byłem idealistyczny… jaki cudownie nieświadomy, jak przyjemnie i produktywnie skupiony na sobie.

Jak to było dawno?

Wtedy mogłem słuchać The Smiths, Alt-J albo The National i żyć we własnej głowie. Wyjście z niej kosztuje mnie sporo… nie zauważam tego na co dzień, ale kosztuje. Kosztuje każdego z nas.

Pamiętam, jak bardzo lubiłem ścisnąć się w małym okienku edytora na Wordpressie i cudownie odpłynąć, skupić wszystkie siły umysłu na jednej rzeczy, werbalizować coś, co powstaje w głowie na bieżąco, zupełnie, jakby materializowało się z próżni. Dziś jestem trochę za bardzo rozpieprzony na kawałki, trochę za bardzo rozproszony, trochę za bardzo rozmieniłem się na drobne. Dziś muszę stymulować się z miliona stron, na milion sposobów; dziś zżera mnie nuda, kiedy tylko nie dostarczam sobie kilograma nowości każdego dnia. Zwiększenie odporności na nadmiar miało swoją okrutną cenę: zmniejszyło odporność na brak.

Mówią mi: Kosma, pisz. No więc piszę. Nie mam pojęcia, co powstanie z tego eksperymentu, ale czuję, że coś dobrego.